środa, 27 listopada 2013

Rozdział 1



Dziesiątego października tysiąc siedemset sześćdziesiątego czwartego roku, tydzień po moich dwudziestych urodzinach, wybuchła wielka wojna domowa. Walka toczyła się między moim ojcem i jego bratem, walczyli o tron. Mój wuj za wszelką cenę chciał rządzić, a przez to, że był młodszy, mój ojciec odziedziczył koronę, a on musiał się zadowolić małym królestwem podporządkowanym i tak mojemu ojcu. Minęły już dwa miesiące, a bitwy nadal się toczyły. Nasza armia miała bardzo duże straty, wszyscy byliśmy bezradni. Mój wuj miał silne wojsko, było to spowodowane liczebnością. Mój ojciec wysłał na pole walki tylko połowę swoich żołnierzy, druga została bronić zamku. Wiedziałem, że jak wojsko wroga zbliży się do murów zamku, to będzie koniec. Patrzyłem przez okno w swoim pokoju, na czarne dymy płonących domów. Dotarli już do miasta, jak ich nie powstrzymamy to przejmą zamek. Odrzuciłem do tył pelerynę i z pośpiechem wyszedłem z pokoju.  Kierowałem się do pokoju obrad, gdzie mój ojciec, razem z doradcami myślał nad cała sytuacją. Doszedłem na miejsce, stanąłem przed dużymi drzwiami i zapukałem, po chwili otworzył mi je, jeden z służących, wszedłem do środka.
-O co chodzi, synu - zapytał gdy tylko mnie zobaczył. Siedział zmęczony na krześle, jedną ręką podpierał głowę i patrzył na mapę królestwa. Jeden z doradców wskazywał coś na niej palcem, pewnie ułożenie wojska wroga, które podpatrzył jeden ze szpiegów.
-Ojcze - wszyscy zwrócili na mnie swój wzrok - pozwól mi wyruszyć z pozostałymi żołnierzami na wroga, nie możemy pozwolić, aby Madara przejął zamek.
-To zbyt niebezpieczne, nie pozwolę  mojemu następcy na coś takiego - odpowiedział, w jego głosie słyszałem zmęczenie, nie spał już kilka nocy pod rząd, odkąd dowiedział się, że  wojska Madary są tak blisko królestwa.
-Masz jeszcze Sasuke, a tak w ogóle, to nic mi się nie stanie, a ktoś musi poprowadzić wojsko, tam giną niewinni ludzie! - wykrzyczałem, wszyscy byli zdziwieni moim nagłym uniesieniem. Nigdy nie podniosłem głosu na ojca, zawsze odnosiłem się do niego z wielkim szacunkiem, a do tego nie podważałem jego decyzji. Wstał i do mnie podszedł, myślałem, że chce mnie uderzyć w twarz, tak jak to zwykle bywało z Sasuke. Mój brat zawsze obrywał od ojca za pyskowanie, nigdy go nie słuchał i robił co mu się żywnie podobało.
-Chodź - rozkazał, szedł w stronę wyjścia, poszedłem posłusznie za nim, wyszliśmy z pokoju i udaliśmy się do komnaty obok.  - Musisz zrozumieć moje obawy. Gdy coś mi się stanie ktoś mądry i dojrzały musi objąć tron, a Sasuke jest jeszcze młody i głupi, ma dopiero szesnaście lat i w głowie mu tylko turnieje i panienki.
-Czemu od razu zakładasz, że zginę? I tak gdy  wkroczą na teren zamku, wszyscy zginiemy, a teraz mam szanse ich powstrzymać!
-Ech... - westchnął, zaczął się zastanawiać, drapiąc się po brodzie z zamkniętymi oczami - dobrze, lecz gdy sytuacja zrobi się nieciekawa musisz mi przysiąc, że zawrócisz do pałacu.
-Dobrze - zgodziłem się od razu, i tak nie wykonam tego rozkazu, nie zostawię żołnierzy samych! Jakim okazał bym się następcą, gdybym zostawił armię i uciekł, ratując swoje życie? Mój ojciec pewnie by tak postąpił, ale nie ja, nie mógłbym! Do końca życia dręczyłaby mnie ta myśl, że ich opuściłem. - Idę się przygotować - lekko się ukłoniłem i opuściłem komnatę, udając się do swojej. Zawołałem służącego i kazałem mu przygotować moją zbroję, a sam udałem się do zamkowej kaplicy, aby się pomodlić. Ukląkłem przed ołtarzem i prosiłem Boga o siłę, aby pomógł mi pokonać wuja. Nagle drzwi do kaplicy się otworzyły w nich stała moja matka, podbiegła do mnie i przytuliła się.
-Nie idź, nie możesz... - płakała, czułem na ramieniu każdą łzę, która wypływała z jej oczu. Przytuliłem ją mocno, możliwe, że to nasze pożegnanie, już nigdy mogę jej nie zobaczyć. To ona dała mi siłę i odwagę, ona dała mi życie! Jest najważniejszą kobietą w moim życiu, zawsze, do samego końca, będzie!
-Proszę - wyszeptała, oderwała się ode mnie i chwyciła moją twarz w swoje dłonie - zostań, nie chce cię stracić...
-Matko... - wziąłem głęboki oddech - nie mogę pozwolić ginąć niewinnym ludziom z powodu Madary, muszę go powstrzymać!
-Ale...
-Proszę! - zamknąłem oczy, powstrzymywałem łzy, było to dla mnie ciężkie, zostawiać rodzinę, ale nie miałem wyboru.
-Widzę, że cie nie przekonam - spuściła głowę, wzięła ręce z mej twarzy i objęła się nimi - proszę uważaj na siebie! - wstała i wybiegła z kaplicy, nie pobiegłem za nią, nie wiedziałam co mógłbym jej powiedzieć, jak ją pocieszyć. Wstałem i wróciłem do swojej komnaty, w środku czekała na mnie gorąca kąpiel i kolacja. Na łóżku leżała wypolerowana zbroja, a obok niej miecz w pochwie. Nie byłem głodny, więc w pierwszej kolejności wziąłem kąpiel, następnie przegryzłem kilka kęsów pieczonego prosiaka i zawołałam służącego, aby założył mi zbroję. Nie miałem czasu na odpoczynek, musiałem wyruszyć jak najszybciej w obronie królestwa. Sługa skończył mnie ubierać, podał mi miecz i otworzył drzwi. Opuściłem komnatę kierując się na dziedziniec zamku, tam czekali już na mnie żołnierze. Jeden z nich przytrzymywał mego konia, dosiadłem go i krzyknąłem.
-Jesteście ze mną?!
-Do samego końca Wasza Wysokość - odkrzyknęli chórem. Wyprzedziłem wszystkich i stanąłem na przodzie, prowadziłem ich na obrzeża miasta, gdzie wszystko miało się rozstrzygnąć. Po krótkim czasie stanęliśmy naprzeciw wojsk wroga, na ich czele stał, dumnie siedząc na koniu, Madara. Wyciągnął swój miecz i skierował go w moją stronę, lekko nim skinął, a żołnierze zaczęli krzyczeć i biec w naszą stronę. Wyciągnąłem z pochwy oręże i zamachnąłem się nim krzycząc.
-Za Króla i Japonię!! - ruszyłem, za mną moje wojsko. W przedsionku kilku sekund rozpoczęła się walka. Pierwsze starcie miałem z żołnierzami wroga, dwa kolejne także, następnym przeciwnikiem był on, Madara. Podjechałam bliżej, nasze miecze skrzyżowały się wiele razy. Był dobry, z tego co wiem niepokonany, był lepszy w władaniu mieczem nawet od mojego ojca. Zaczął padać deszcz, Madara zrzucił mnie z konia, spychając swoja tarczą, byłem w przegranej pozycji. Broniłem się jak mogłem, lecz dopóki on jest na koniu nic nie wskóram! Rzuciłem moją tarczą w przeciwnika, odwracając jego uwagę, przybliżyłem się do niego, zwalając go z konia. Szybko się podniósł z ziemi, zaczęliśmy walczyć. Atakował mnie jak oszalały, z wielką siłą i na oślep. Wymachiwał mieczem tak ja mu się chciało, był zaślepiony nienawiścią i złością, jego ruchy nie były już tak precyzyjne jak na początku. Przewróciłem go. Teraz miałem szansę, podniosłem miecz do góry, nad głowę, chcąc zadać ostateczny cios, lecz to nie nastąpiło. Madara był szybszy, zranił mnie w brzuch, przebijając zbroję, była to głęboka rana, na pewno uszkodziła jakieś narządy. Miecz wysunął mi się z rąk, upadłem na ziemię wypluwając krew. Wstał, patrząc na mnie z wyższością.
-Mój brat podjął złą decyzje, wysyłając cię na pole walki - uśmiechnął się, podniósł miecz do góry - czas to skończyć - przymrużyłem powieki, wiedziałem, że to koniec. Usłyszałem brzdęk odbijającego się metalu, otworzyłem oczy, przede mną stał jeden z moich żołnierzy.
-Wasza Wysokość, proszę się ratować, ja go powstrzymam - chciałem zaprzeczyć, lecz inny mężczyzna poniósł mnie i przewiesił moją rękę przez swoje ramię. Nie wyrywałem się, ani nie protestowałem, nie miałem na to siły, co sekundę traciłem więcej krwi, co osłabiało mój organizm. Obrazy zaczęły rozmazywać mi się przed oczami, a odgłosy walki zaczęły cichnąć, powoli chyliłem się ku otchłani, nie czułem rąk, ani nóg, nawet miejsca gdzie byłem ranny. Otulało mnie dziwne ciepło, słyszałem cichy szept wymawiający moje imię. W ciemności dostrzegłem kobietę, miała długie, brązowe włosy, białą jak śnieg cerę i szkarłatne oczy, które wywoływały dreszcze na moich plechach. Skądś ją znałem, lecz nie pamiętam skąd. Miała na sobie aksamitną suknię, koloru czerwonego, była prosta, lecz elegancka. Na szyi złoty wisior, z dużym  rubinowym okiem, z którego wydobywało się światło. Stała nade mną uśmiechając się.
-Itachi - wyciągnęła rękę w moja stronę, lecz  nagle zaczęła się oddalać, aż w końcu zniknęła.
-Wasza Wysokość obudź się! - znowu poczułem ból, który przeszywał całe moje ciało. Otworzyłem powoli oczy, zobaczyłem mężczyznę, który uratował mi życie. Na jego twarzy gościł uśmiech, za nim stało resztę mojego wojska. Siedziałem oparty o drzewo, miałem zdjętą zbroję, brzuch był obwiązany jakąś szmatą, pewnie by powstrzymać krwawienie.  Najdrobniejszy ruch sprawiał mi ból, wszystko mnie bolało, zaschło mi w gardle, nie miałem śliny.
-Co się dzieję? - zdołałem wyszeptać,
-Wygraliśmy! Wojska Madary wycofały się! - krzyknął. Moje usta lekko drgnęły do góry, wykrzywiając się w uśmiech, cieszyłem się razem z nimi. Zauważyłem karetę, która podjechała do nas, z niej wyszła moja matka i podbiegła do mnie.
-Moje dziecko - dotknęła dłonią zakrwawiony materiał na moim brzuchu. - Pomóżcie mi go wsadzić do karety - rozkazała. Dwóch żołnierzy pomogło mi wstać i prawie mnie niosąc, wsadzili do karety, za nimi wsiadła moja matka. Leżałem na siedzeniu w karecie, głowę miałem opartą na nogach matki. Na policzkach czułem krople łez. Zawsze muszę ją smucić.
-Wszystko będzie dobrze, wytrzymaj jeszcze trochę.... - powtarzała.
-Mamo....przepraszam... - zdołałem wyszeptać ostatkiem sił, wyciągnąłem rękę aby ostatni raz ją dotknąć, lecz nie zdołałem, straciłem wszystkie siły, ręka opadła bezwładnie, zwisając koło nóg mojej matki. Ogarniała mnie ciemność...
-Nie!!!!!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz